RSS
piątek, 10 kwietnia 2009
Świątecznie...

Zdrowych i wesołych Świąt
Wielkanocnych,
smacznego święconego jajka
oraz miłych chwil w gronie najbliższych
życzą Ania z Marcinem i Okruszkiem

19:53, foto.anne
Link Komentarze (5) »
wtorek, 31 marca 2009
Całkiem miły dzień :)

Dziś pracowałam w domu, ale tylko do 13.00 bo na 13.30 umówiłam się z kosmetyczką (manicure, pedicure, henna, regulacja brwi - brrr i ploteczki). Zrobiłam się podobną do ludzi (paznokietki jaśniutkie ale podobają mi się), poplotkowałam sobie, przeszłam się po słoneczku i jest mi całkiem dobrze – no a gdyby nie fakt, że ciśnienie znów mi skoczyło (mieszkamy na III piętrze bez windy) to już zupełnie byłoby git :)

No i zmobilizowałam się i wklejam ostatnie zdjęcie Małpeczki. Ma CRL 6 cm, pełne 13 tygodni i drapie się po głowie (lewą ręką – tą od góry). Słowem tak wyglądała w ubiegłym tygodniu w środę (w 92 dc).

16:40, foto.anne
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 marca 2009
Strach...

Dziś mamy 97 dzień ciąży (licząc od ostatniej @). Jeszcze trzy i będzie okrągła setka...

Mam kłopoty ze zbyt wysokim ciśnieniem. Dziś przeszło samo siebie - 170/115 :( ok. godz. 17.00. I bynajmniej nic takiego nie robiłam. Leżałam i odpoczywałam po powrocie z pracy. Wzięłam tabletkę Dopegytu, ale obniżyła ciśnienie do 115/95. Też źle... Rozkurczowe zbyt wysokie :(

Boję się, co to będzie dalej... Popłakałam sobie...

19:13, foto.anne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 marca 2009
Zaległa relacja ze środowej ginwizyty (z 92dc)

Środa, 25 marzec 2009, 92 dc 

Wizyta przebiegała bardzo fajnie i przyjemnie. Podoba nam się ten nowy lekarz – spokojny, konkretny, dokładny. A i gabinet komfortowy – samolot i usg za parawanem, więc nawet jeśli ktoś wparowałby do gabinetu to nic nie zobaczy. Mąż wchodzi od razu, ale siedzi podczas badania na samolocie za parawanem i jest proszony dopiero na USG. :)

Doktorek zrobił USG – Małpeczka ma CRL (głowa-pupcia) 6 cm, dwie rączki, dwie nóżki, kość nosową prawidłową, a przezierność karkową 0,2 (czyli w normie). Gin zadowolony, mówi że wszystko oki :) Serduszko pika prawidłowo, przestrzenie mózgowe prawidłowe (nie ma powietrza ani płynu). Małpeczka nie chciała współpracować – dziś dla odmiany była spokojniutka i ustawiła się centralnie portretowo – gdyby to było później, moglibyśmy pięknie płeć określić. No ale to zbyt wcześnie. W końcu jednak łaskawie obróciła się tak, że dało radę sprawdzić przezierność :) Za to drapała się po głowie :)))

Ponieważ znów miałam zbyt wysokie ciśnienie, dostałam przykaz mierzenia codziennie (mam aparat w domu) i doraźnie (przy RR powyżej 140/90) mam brać Dopegyt.

Aaaa… i byłabym zapomniała – mogę chodzić na basen i jeździć na rowerze (narazie stacjonarnym). Pod warunkiem oczywiście, że ciśnienie będzie w normie i przestanie świerować.

12:40, foto.anne
Link Komentarze (4) »
środa, 25 marca 2009
92 dc - kiepsko dziś :(

Dzisiaj mamy kiepski dzień :( Rano obudziłam się z katarem, bólem głowy, kości, mięśni, kręgosłupa i niestety podbrzusza :(((

Źle mi, smutno, zimno i chyba pośpię trochę. Małż zapakował mnie z powrotem do łóżka - pozwolił wstać do łazienki, zjeść śniadanko, ale kazał założyć dresik i zainstalował mnie w sypialni pod kołderką. Wzięłam dodatkowo Nospę i Codipar i zobaczymy co będzie dalej.

Nie mam siły i nie ukrywam, że się martwię - tak długo było oki, a teraz ten ból brzucha :( Jakaś taka smutna jestem. A Małż stwierdził, że faktycznie dziś źle wyglądam :( A o 18.15 mamy wizytę u nowego gina - mam nadzieję, że będziemy zadowoleni i poprowadzi naszą ciążę aż do szczęśliwego rozwiązania.

Tak bym chciała zobaczyć naszą Małpeczkę i usłyszeć, że się fantastycznie rozwija i rośnie zdrowo. No bo przecież tak jest prawda? :)))

No a na froncie pogodowym, piękna zima zrobiła nam się tej wiosny...

11:04, foto.anne
Link Komentarze (7) »
sobota, 21 marca 2009
Ciąża w ramach NFZ...

                W czwartek (19.III) miałam mieć wizytę u położnej i gina w ramach NFZ. Jak dzwoniłam się umówić, rozmawiałam z położną, która mnie dokładnie wypytała, który to tydzień, czy to pierwsza wizyta u tego lekarza itd. itp. Wyznaczyła termin i kazała przyjść najpierw na 15.30 do siebie – pomierzyć, porozmawiać i założyć kartę ciąży – a później do lekarza, który miał przyjmować od 16.00. I jak zaznaczyła, pacjentki wchodzą według kolejności przyjścia.

                No więc w czwartek zwolniłam się wcześniej z pracy, zamówiłam taksówkę i pojechałam. Byłam 10 minut przed czasem. Grzecznie potupałam do rejestracji, odstałam swoje w kolejce i zostałam poinstruowana gdzie znajduje się pokój położnych. No i poszłam tam, po drodze zahaczając jeszcze o łazienkę. Gabinet w wąskim korytarzyku, raptem dwa krzesełka, za to ludzi chyba z pięcioro (w tym chłopak na wózku). Pytam grzecznie, kto do pokoju nr 10. Okazało się, że nikt, bo wszyscy czekają do gabinetu naprzeciwko. Więc grzecznie pukam, słyszę „proszę” i naciskam klamkę. Ze szpary w drzwiach uderza mnie intensywny zapach jakiejś kapuścianej surówki. Otwieram drzwi mocniej i co widzę? Tłumek przeżuwających pielęgniarek (jak się później okazało i położnych). Zanim zdążyłam powiedzieć „dzień dobry”, blondynka z pełną buzią odzywa się i mówi „proszę wyjść i poczekać!”. No to wychodzę… Stoję jak kołek w tym dusznym korytarzu, przestępuję z nogi na nogę i czuję jak coraz bardziej daje mi się we znaki kręgosłup. Po mniej więcej 20-tu minutach, drzwi się otworzyły i rządkiem wyszło z gabinetu 5 pielęgniarek. Po chwili zawołała mnie położna. Weszłam, usiadłam i słyszę: „To o co pani chciała zapytać?”. Więc przedstawiłam się i mówię, że ja na pierwsza wizytę, że miała mnie pomierzyć i założyć kartę ciąży. No i zaczęło się.

- Ma pani jakieś wyniki?

- Tak, mam – odpowiadam i sięgam do teczki.

- No ale to pierwsza wizyta?- Tak, pierwsza u tego lekarza.- Acha. To ja nie będę zakładać karty. Dopiero jak lekarz potwierdzi ciążę, bo może to wcale tak nie jest.- Ciąża jest potwierdzona, tyle, że przez innego lekarza.

- A to jak przez innego, to się nie liczy. Zupełnie nie ma znaczenia – to powiedziawszy kazała mi wyjść i czekać aż lekarz zacznie przyjmować. A przed następną wizytą przyjść do siebie o 15.00 żeby założyć tą kartę ciąży, jak już będę miała zaświadczenie od ich lekarza.

                Zdążyłam jeszcze zapytać, czy będą wołać po nazwisku, czy jakaś lista będzie czy za kolejnością. Usłyszałam, że wchodzimy wg kolejności przyjścia. No więc poszłam poczekać. W między czasie okazało się, że jest jeszcze jedna babka (tak na oko koło 50-tki). I zaczęłyśmy rozmawiać. Przychodziły kolejne pacjentki i w końcu zrobił się dym. Dziewczyny – tym razem młode, wszystkie w ciąży – zaczęły się kłócić, bo któraś stwierdziła, że wchodzi do gabinetu pierwsza, bo przecież ciężarne mają pierwszeństwo. Na nic się zdały tłumaczenia, że wchodzimy wg kolejności przyjścia, bo tak powiedziała położna. W końcu jedna z tych kłótliwych poszła do recepcji i z dziką awanturą wywalczyła, że powieszą na drzwiach gabinetu listę z numerkami (o których jak się okazuje nie tylko mnie nie poinformowano przy zapisie). No i miałyśmy wchodzić wg tej listy. Znów zrobiło się zamieszanie, bo korytarzyk wąski, a każda chciała zobaczyć, która jest na liście…

                O godz. 16.30 łaskawie w przychodni objawił się pan doktór – ponoć to było krótkie spóźnienie, bo zdarza mu się przyjechać godzinę, a nawet półtorej później. W końcu dopchałam się do listy – byłam 33 (czyli ostatnia). Poszłam do rejestracji i pytam, do której dziś gin przyjmuje – usłyszałam, że do 19.00. Była 16.35, a ja ledwo żyłam. Poddałam się. Stwierdziłam, że to zupełnie bez sensu…

                Godzina ma 60 minut. Lekarz – jeśli się nie spóźni – przyjmuje przez 3 godziny, czyli 180 minut. W tym czasie ma obsłużyć 33 pacjentki. Wychodzi po 5,5 minuty na pacjentkę (no prawie…). A jak dużo czasu zajmuje Wam rozebranie się u ginekologa, wdrapanie na samolot i ponowne ubranie się? O badaniu, rozmowie i USG już nie wspominam… W końcu 5,5 minuty to tylko średnia…

16:49, foto.anne
Link Komentarze (7) »
piątek, 20 marca 2009
87 dzień ciąży. ZAKUPOWE SZALEŃSTWO i kilka innych drobiazgów...

Wczoraj wieczorem położyłam się z bólem głowy. Miałam nadzieję, że rano bedzie ok – niestety :( Rano ból był straszny, do tego zawroty głowy i mega mdłości. Skończyło się dwoma pawiami. Żadne jedzenie mi nie wchodziło :((( W końcu odpuściłam i wzięłam tabletkę Codiparu. Jak doszłam do pracy, troszkę odpuściło, ale zaliczyłam kolejnego pawia (na szczęście miałam przy sobie pastę i szczotkę do paszczy) i w końcu udało mi się zjeść suchą bułkę.

Za to wracając z pracy poszalałam :))) Najpierw zanabyłam dwie pary mega-gatek ciążowych :))) i wielgachny biustonosz (miseczka E) – wreszcie nic mnie nie uwiera, nie wpija się, nie ciągnie… Rewelacja :) A na warzywniaku dopadłam składniki na zupę ogórkową i… ARBUZA :))) tia… Chodził za mną tyle czasu i w końcu się doczekałam :))) Kupiłam ćwiartkę (ważyła 1,3 kg) i przed chwilą – w ramach kolacji – zjadłam całą (Małż załapał się tylko na kawałeczek). Ależ mi było dobrze :))) pełnia szczęścia :))) aż się popłakałam z radości :))) taki pyszny :))) tylko szkoda że już nic nie zostało, a zdecydowanie zbyt drogi, żeby tak codziennie sobie fundować (kto to widział płacić za arbuza 8,50 za kg?). A brzuch to mam teraz taki wielki, jak normalnie jest koło 8 miesiąca ;) Prawdziwa ciąża arbuzowa ;)

Aaaa… i zapomniałam jeszcze dopisać, że dziś po południu tak masakrycznie bolały mnie cycochy, że aż się popłakałam z bólu – jakby mi ktoś w środku ogniska rozpalił, a później zywą ranę solą jeszcze posypał… Ale co tam, jeśli to oznacza, że wszystko jest oki i Dzidek rośnie zdrowo, to nie ch sobie już bolą. Jakoś to przecierpię... W końcu twardziochem jestem, nie mięciochem...

20:30, foto.anne
Link Komentarze (2) »
sobota, 14 marca 2009
Nigdy nie płaczę bez powodu ;)

środa, 11 marca 2009

Dziś po raz pierwszy od połowy stycznia wypiłam kawę :) Chodziła za mną od kilku dni i w końcu wczoraj kupiłam sobie bezkofeinową rozpuszczalkę nescafe… i co? i ok, ale bez rewelacji :) no ale co tam… zachcianka spełniona :)

Zdaje się, że przechodzodzę kolejną fazę objawów ciążowych – zrobiłam się płaczliwa. Ale bynajmniej nie ryczę z byle powodu, tylko zawsze powód jest konkretny i bynajmniej wcale nie banalny ;) Np. to że jestem w domu, a nie w moim ulubionym hotelu na Krecie, że nie mam w domu palmy w dużej donicy (a w zasadzie dwóch – w dużym pokoju i w małym, który przerobimy na dziecięcy), że mam ochotę na arbuza od mojego ulubionego sklepu na Krecie, no i że nie jestem w Agio Rumeli, gdzie mają najlepszy sok pomarańczowy na świecie…
Niezła jestem no nie?

19:59, foto.anne
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 marca 2009
80-ty dzień ciąży... 11w3d

Dziś jestem smutna i mam ochotę sobie popłakać :( zresztą już łezki leciały…
Pracuję w domu, ale najchętniej rzuciłabym wszystko w kąt :(
Za oknem śnieg… a teraz pada deszcz na to wszystko…
DO LUFTU :(

* * *

Zrobiłam sobie przerwę w pracy (w domu pracuję, więc nie muszę się szefowi opowiadać) i zeszłam na dół do sklepu. W planach miałam zanabycie tylko kapusty kiszonej (wczoraj zjedliśmy wszystko i dziś mamy z Małżem ochotę na powtórkę z surówki). No i ponieważ humor kiepski, to postanowiłam go sobie poprawić.
I oto zestaw zakupowy, jaki przytargałam:
1 l soku ananasowego (100%, bez cukru, Fortuny) – właśnie kończę obalać szklanicę, ale taki sobie :(
1 mały majonez (Małż dostanie jutro na śniadanie pastę jajeczną ze szczypiorkiem)
0,5 kg kapusty kiszonej
1 puszka makreli w pomidorach (filet)
1 puszka filetów śledziowych w ostrym sosie paprykowo-pomodorowym
10 paczek chusteczek higienicznych bezzapachowych (akurat mi się przypomniało, że się w domu skończyły)
60 dag ciastek (różnistych, na wagę, po 20 dag każdego z trzech rodzajów: delicje, markizy i kokosanki z jakąś masą i czekoladą)
No i to tyle…

A humor nadal smutaskowy :((( taki jesienny…
Chodzi za mną piosenka… „Koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie…”

20:08, foto.anne
Link Komentarze (3) »
Małż po raz pierwszy zobaczył Żółwika :)))

środa, 11 marca 2009

U gina wyjątkowo dziś nie było kolejki, i mieliśmy tylko 30-minutowe opóźnienie. Jestem wymęczona, ale wszystko oki.
Żółwik rozrabiał/a strasznie :))) pomykał/a w te i we wte, tak że trudno było ją/jego zmierzyć :)))

Małż gapił się z rozdziawioną gębą i stwierdził że to lepsze niż telewizja i on mógłby tak cały dzień patrzeć :)))
Wygląda na to, że Dzidek rozwija się dobrze – wszystkie pomiary są w normie.
Udało się oznaczyć:
BDP (wymiar dwuciemieniowy czyli szerokość główki) – 2,08 cm
AC (obwód brzucha) – 5,29 cm
FL (długość kości udowej) – 0,99 cm
CRL (długość ciemieniowo-siedzeniowa, czyli od głowy do pupy) – 4 cm (ale to nie jest pewne na 100 proc. bo wariatuńcio się strasznie kręcił :)))
W każdym razie na podstawie tych pomiarów wiek ciąży to 12w1d (12 tygodni i 1 dzień), czyli dokładnie tydzień więcej, niż wychodzi od ostatniej miesiączki. No i mamy – na podstawie rozmiarów – nowy termin porodu – 22 września :))) (a z wyliczeń matematycznych – metodą jakąś tam – wychodził 30 września). No ale termin to nam się jeszcze kilka razy zmieni po drodze :)))
Fotki dziś niestety nie mamy, ale za to dostaliśmy wyniki pomiarów i wykresik z naniesionymi tymi pomiarami. Prawdę mówiąc nic ciekawego taki wykresik, no ale to ponoć ważne.
Ach… Małż stwierdził że ma przeczucie, że będzie syn. Jak spytałam czemu, skąd mu się to wzięło, to usłyszałam:
- Tak szaleje i lata w kółko, że pewnie jak kot, swój ogon gania…
myślałam że padnę ze śmiechu jak to usłyszałam :)))
I jeszcze dodał, że jak nie będzie córa, to robimy następne dziecko :) i tak do skutku :)))
* * *
Dostałam kolejne 3 tygodnie zwolnienia – jutro idę do pracy pogadać z szefem i zaplanować co dalej…
to zwolnienie to tak, żebym się nie przemęczała – poza tym nadal nie mogłę długo siedzieć i mój kręgosłup daje o sobie znać… Ale z ginekologicznego punktu widzenia jest wszystko ok. Szyjka zamknięta, kosmówka ładna, tylko żeby Dzidek taki nadpobudliwy nie był… chyba wrócę do picia meliski…

20:04, foto.anne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2